4 lipca 2014

Chrzest i pierwszy nur po kursie

Przedwczoraj z całą rodzinką pojechaliśmy nad Piaseczno. Dzieciaki mogły w końcu zobaczyć swojego staruszka w pełnym rynsztunku.

Do bazy dotarliśmy na 14 równo z Andrzejem. Leon w tym czasie był jeszcze pod wodą ze swoim nowym kursantem OWD. Wzięliśmy od Bąbla butelki (stalowe piętnastki) i dawaj klarujemy sprzęt do pierwszego nura.

W międzyczasie Leon z kursantem wyszedł z wody, po czym wręczył nam "duplony" (jak mawiała Maja), certyfikaty płetfonurka i rytualnie klapem płetwą w tyłek zostaliśmy przyjęci do nurkowej braci. Mogliśmy iść do wody.

Nie wiem jak Andrzej bo nie zapytałem, ale ja miałem małego pietra. W końcu po raz pierwszy mieliśmy zejść pod wodę bez nadzoru i wsparcia ze strony Leona, ale skoro jesteśmy OWDziaki, to nie ma że boli.

Pierwszy nur zaplanowaliśmy w zasadzie podobnie jak ostatni z Leonem. Najpierw pierwsza platforma, gdzie przez kilka minut ćwiczyliśmy pływalność, potem to samo na drugiej. Zdecydowaliśmy się płynąć do trzeciej i nawet szło super bo dotarliśmy do łódki, ale od niej zamiast polecieć prawym sznurkiem popłynęliśm lewym. W konsekwencji na 10 metrze straciliśmy kontakt wzrokowy z poręczówką, a po chwili nie mając żadneg punktu odniesienia straciliśmy także orientację. W konsekwencji dałem sygnał Andrzejowi do wynużenia żeby sprawdzić gdzie jesteśmy. Nie udało nam się wynurzyć powoli. Wywaliło nas z prędkością ponad 20 metrów na minutę także słabo. Sprawił to w dużej mierze brak punktów odniesienia no i rzecz jasna doświadczenia w takich sytuacjach.

Na powierzchni zobaczyliśmy jakieś 20 metrów od nas niebieską bójkę od trzeciej platformy, ale nie zdecydowaliśmy się do niej płynąć. Odpaliłem swój kompas, ustawiłem azymut na brzeg i z drżącym sercem zeszliśmy pod wodę. Przez kilka ładnych minut nie widzieliśmy kompletnie nic, gapiłem się na kompas i wydawało mi się, że pływamy w kółko, albo gdzieś na środek jeziora. Na szczęście tak mi się tylko wydawało, kompas nie zawiódł. Zobaczyliśmy dno i po chwili byliśmy litoralu. Mając ścianę roślin po lewej dopłynęliśmy do poręczówki prowadzącą na pierwszą platformę. Tam znowu ćwiczyliśmy płwalność. W pewnym momencie Andrzej zaskoczył mnie gestem braku powietrza. Przekazałem mu swój automat i.... znowu nas wywaliło.

Gdy stwierdziliśmy, że czas na powrót, poręczówką popłynęliśmy do brzegu. Po chwili jednak stwierdziłem, że coś jest nie tak bo zamiast zmniejszającej się głębokości poręczówka prowadzi nas na coraz głębszą wodę. Upssss pomyliliśmy linkę. Zarządziłem powrót na platformę i już właściwym sznurkiem dotarliśmy na brzeg.

Jak do tej pory to był nasz najdłuższy nur bo trwał aż 74 minuty.

Drugi nur było podobny chociaż tym razem obyło się bez wywalania nas na powierzchnię i spędziliśmy pełne 68 minut pod wodą ćwicząc głównie pływalność. Przy okazji odwiedziliśmy nowe miejsce, popłyneliśmy prosto od pierwszej platformy i dotarliśmy do torpedy zapikowanej w dno (chyba z rowerka wodnego). Od niej chcieliśmy popłynąć jeszcze dalej, ale znowu straciliśmy poręczówke z oczu i zdecydowalismy sie zawrócić. Dopiero potem Bąbel powiedział nam, że gdybyśmy jeszcze się przebili dalej to tak na 12 metrze woda byłaby jak kryształ. Następnym razem spróbujemy, ale raczej trzeba będzie ustawić sobie azymut i płynąć na kompasie bo nie widząc linki ani dna cholera wie gdzie się płynie. No i latarki to podstawa. Kupimy na razie jakieś najtańsze w markecie. Bąbel podpowiedział nam, że na początek spokojnie takie tam wystarczą, a koszt jest powalająco niski więc spróbujemy 🙂