12 lipca 2014

Electric Dive czyli nurkowanie z piorunami

7 lipca 2014 mieliśmy z Andrzejem okazję doświadczyć stosunkowo rzadko uprawianej formy nurkowania, a mianowicie nurkowania z piorunami. To nie było celowe, aż tak głupi nie jesteśmy, niemniej trzeba przyznać, że głupota w tym dniu wzięła górę.

Wchodząc do wody sądziliśmy, że chmury jakie się zbliżały ominął jezioro. Tymczasem po wejściu do wody w ciągu kilku, może kilkunastu minut, na powierzchni rozszalała się makabryczna burza. Widzieliśmy pod wodą flesze jakby ktoś robił nam pamiątkowe zdjęcia, ale nie mieliśmy świadomości, że burza skoncentrowała się właśnie na naszym jeziorze. Nurkowaliśmy sobie jakby nigdy nic zupełnie nieświadomi zagrożnia. Zaliczyliśmy standardowo dwie platformy, na których ćwiczyliśmy pływalność spotykając na jednej z nich raczka, który nie był specjalnie zadowolony z naszej obecności i groźnie machał nam szczypcami. Zupełnie tak jakby chciał powiedzieć "wypad z wody panowie". Patrząc na to z perspektywy czasu trudno odmówić mu racji. Zignorowaliśmy jednak awanturującego się raczka i nuraliśmy dalej. W pewnym momencie gdy powietrza w butelkach nie było już za wiele stwierdziliśmy, że wracamy na brzeg. Problem w tym, że pomyliliśmy linki i zamiast w stronę brzegu popłynęliśmy w stronę środka jeziora i do tego w pewnym momencie zgubiliśmy linkę (wizura była fatalna). Chwilę szukaliśmy jej, ale na próżno. Niestety nie bardzo pamiętałem jaki mniej więcej jest azymut w stronę naszego brzegu więc po pewnym czasie błąkania się pod wodą zmuszeni byliśmy sie wynurzyć żeby ów azymut sobie ustawić. Cała ta zabawa dwojga niedoświadczonych nurków sprawiła, że Andrzej wydmuchał ze swojej butelki praktycznie całe powietrze. Powrót oznaczał więc albo płynięcie na plecach z napompowanym skrzydłem, albo pod wodą na moim powietrzu. Wybraliśmy opcję numer 2. Z uwagi na to, że piorunów widać nie było, to jednak aura nie zachęcała i baliśmy sie, że w nas walnie jakiś piorun. Andrzej dostał smoczka i płyniemy. Ale płynęliśmy bardzo płytko w zasadzie prawie po powierzchni bo powietrza też nie miałem za wiele, a zależało nam, żeby dopłynąć do brzegu mimo wszystko będąc ciut pod wodą. Dopłynęliśmy, a tu Andrzeja zebrało na wymianę wrażeń po nurkowaniu i specjalnie nie śpieszył się z wyjściem. Nie ukrywam miałem żwir w gaciach i marzyłem żeby jak najszybciej znaleźć się na lądzie.

Ostatecznie nic złego się nie stało, ale to jak ryzykowaliśmy tak naprawdę dotarło do nas dopiero na drugi dzień, kiedy Bąbel opisał nam co działo się na powierzchni gdy byliśmy pod wodą. Ponoć kilkakrotnie piorun walnął prosto w jezioro, a waliło tak, że iskry skakały po ogrodzeniach. Pytał nas czy nie czuliśmy jakiegoś delikatnego rażenia prądem pod wodą, a my na to, że nie, bo faktycznie kompletnie nic do nas nie docierało - całe napięcie musiało sie rozproszyć zanim do nas dotarło i tego nie odczuwaliśmy. Może to i dobrze, bo gdybysmy to poczuli zapewne obaj narobilibyśmy w gacie i kto wie jakie wtedy decyzje byśmy podjęli, może zdecydowalibyśmy się czym prędzej wychodzić z wody i zrobilibyśmy to w momencie najcięższej artylerii na powierzchni. Mogłoby się to skończyć tragicznie.

W każdym razie nur był udany bo oprócz poprawy pływalności nauczyliśmy się jeszcze czegoś 🙂