25 stycznia 2015

Pierwszy nur w suchaczu

Wczoraj z Leonem wybraliśmy się na nura w szary, deszczowy styczniowy dzień. Zero śniegu i lodu, co nie oznacza, że o tej porze roku było specjalnie ciepło. Zdecydowałem się na nura z dwóch powodów. Spróbowanie jak to jest wejść do wody w suchaczu no i nurkowanie praktycznie z drugiej strony jeziora (dla odmiany).

Suchacz nie mój, ale ponoć pasuje dobrze więc okazja do testu była. Jakie wrażenia? Dość mieszane. Przede wszystkim nie miałem sensownego ocieplacza więc napakowałem się swetrami, dresami itp... Niestety okazało się, że to i tak mało bo dość szybko zacząłem odczuwać niską temperaturę wody, a ta oscylowała w granicach 2 stopni. Im głębiej tym było zimniej bo skafander coraz mocniej przylega do ciała, wtedy dopuszczałem do niego powietrze i przez chwilę czułem ulgę bo robiło się ciepło, za to wywalało mnie do góry. Komfortu termicznego, na który liczyłem nie doznałem choć podejrzewam, że w piance byłoby gorzej. Kolejna sprawa to utrzymanie pozycji i pływalność. Dodawanie powietrza inflatorem do skrzydła i zaworem do skafandra nie jest takie proste. Co raz ciągnęło mnie nogami do góry.

Nur był krótki, może 30 minut. Po trzech miesiącach przerwy wejście pierwszy raz do wody, tak zimnej wody, do tego w suchaczu o czym nie ma się pojęcia poskutkowało problemem z wyrównaniem ciśnienia w lewym uchu. Nawet dziś delikatnie to ucho czuję.

Może to zabrzmi dziwnie dla kogoś kto nie nurkuje, ale podobało mi się 🙂 Do tego wesoła twórczość Leona (kolorowe rękawiczki) i nic więcej nie trzeba 🙂